Opuściłam Chicagowski Instytut Rehabilitacyjny! Nowa rzeczywistość „przykutej – do wózka – na przedmieściach” jest sama w sobie tragikomiczna. Zanim jednak do tego przejdę, chę potwierdzić, że RIC, gdzie przebywałam przez ostatnie miesiące, jest niezwykłym miejscem, jeśli chodzi o terapie.

Wystarczy popatrzeć na moich fizykoterapeutów! Mogę przysiądz, że uśmiechają się nie tylko do zdjęcia. Nawiasem mówiąc są to osoby szalenie kompetentne, z ogromną pasją zawodową. A także bardzo ładne.

I to właśnie dzięki tym atrakcyjnym, utalentowanym osobom, w chwili, kiedy zaczęliśmy wraz z Grzesiem pracę nad filmem o mnie, rehabilitacja znacznie posunęła się naprzód. Może pamiętacie, jak na filmie jedna z moich fizykoterapeutek musi przesuwać mi ręce na kołach wózka inwalidzkiego, tak bym mogła je popchnąć? Teraz mogę to już zrobić sama. Ciągle niezbyt daleko i niezbyt długo, ale jednak. W filmie jest też fragment pokazujący w jaki sposób, za pomocą specjalnego „krowiego” podnośnika, byłam przenoszona z łóżka do wózka. Nie musimy go już używać, odkąd jestem w stanie sama pomagać i kierować moim tranferem.

Wszystko to, to małe kroki, które teraz kontynuję  pod okiem zespołu fizykoterapeutów w dziennym centrum rehabilitacyjnym na przedmieściach. Ale ostatnie kilka miesięcy spędzonych w centum miasta w Rehabilitation Institute of Chicago zmieniło mój świat od „złożonej chorobą”, poprzez „ograniczoną wózkiem”, po „wszystko jest możliwe”. Jestem ogromnie Wam wdzięczna.